Zimowy kirkut...

Powstańczy cmentarz...

Ach, te stawy Echo...

Zwierzyniec - szybko, zwięźle i... śnieg w butach!

W końcu nadeszła niedziela. Śniegu napadało, mrozu nie ma, żona marudzi, a telewizja kłamie... Nie ma co się dłużej zastanawiać. Ładujemy się w "czerwoną rakietę" i ruszamy do Zwierzyńca. Pospacerujemy sobie troszeczkę po tym zacnym, ordynackim miasteczku. Na dalsze wyprawy nie ma raczej szans. Dlaczego? Nienarodzone jeszcze bliźniaki ważą już po kilogramie. Stwarza to pewne problemy dla przemieszczania się i koordynacji ruchów mojej żonki :) Krótkie spacery są jednak jak najbardziej wskazane. Cóż, Sylwia to dzielna kobieta. W drogę!

Zwierzyniec - to roztoczańskie miasteczko ma to do siebie, że ciągle zaskakuje, intryguje. Można tu być raz, dwa razy, czy dziesięć. Zawsze znajdzie się coś nowego, coś do poznania, coś do odkrycia. Jakiś pomnik, mały cmentarzyk, czy zwykła uliczka. Zwierzyniec, tak jak całe Roztocze po prostu zadziwia...

Pierwszym punktem programu był miejscowy kirkut, na którym znajduje się kilkanaście macew z okresu międzywojennego. Nie byłem tu jeszcze zimową porą, tak więc oczekiwania były całkiem spore. Miałem rację. Biała, zimowa sceneria stwarza niepowtarzalny klimat. Na śniegu nie ma żadnych śladów. Dziewiczy szlak został przetarty. Przynajmniej dzisiaj jesteśmy tu pierwsi. Nie muszę opisywać jak cudnie wyglądają otulone białym puchem macewy skrywające się w objęciach niewielkich, dzikich sosen. Na szczycie każdej z macew natura ułożyła miliony białych płatków, tak jak odwiedzający cmentarzysko bliscy składają kamienie jako znak pamięci i odwiedzin. Zima również pamięta o spoczywających tu ludziach, ówczesnych mieszkańcach pewnej dzielnicy zwanej nota bene Palestynka.

Po kirkucie przyszedł czas na stary cmentarz wojskowy. Szybkim, w miarę sprawnym ślizgiem przedostaliśmy się na sam kraniec ulicy Szkolnej. Tam, za ostatnim gospodarstwem odbiliśmy w prawo. To tutaj, na samym skraju Roztoczańskiego Parku Narodowego położone jest poszukiwane przez nas cmentarzysko. Spoczywają tu prochy dziewięciu powstańców styczniowych oraz kilkudziesięciu żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku. Znajdują się tutaj nawet, o ile mnie pamięć nie myli, dwa krzyże obrządków wschodnich. Panuje tu jakaś taka dziwna cisza i spokój. Cudowne miejsce, aby choć na chwilę oddać się kontenplacji, zastanowić nad czymś innym, niż praca i takie tam...
Bardzo szkoda, że dojście do cmentarza jest utrudnione. Nie ma żadnej tabliczki, czy drogowskazu informującego o istnieniu takiego miejsca. Mimo to, na niektórych krzyżach wciąż palą się znicze. To znak, że ktoś jeszcze pamięta o obrońcach ojczyzny.

Ostatnim miejscem, tak na marginesie to stały punkt programu, jakie zdecydowaliśmy się nawiedzić to Stawy Echo. Dotarliśmy tu, moim zdaniem, jedną z najpiękniejszych roztoczańskich ulic, zwłaszcza w zimowej aurze. Tak, wiem. Miejsce wszystkim znane i oklepane. Sentymenty i taka swoista naiwność, że może coś nowego uda się zobaczyć są jednak silniejsze. I bardzo dobrze. Nie ma tu żadnych fastfoodów, budek z piwem, pseudo restauracji. Jest za to natura. Szum lasu, lekki śnieżek, słońce nieśmiało rozganiające chmury. Cisza, spokój i nieziemsko prezentujące się stawy. Osobiście mogę wracać tu zawsze. Poza sezonem turystycznym naturalnie.

Napasieni Roztoczem, posileni roztoczańskim jadłem udaliśmy się spokojnie, na piątym biegu do domu... Szkoda, że te moje wycieczki nie trwają choć odrobinę dłużej.

Do następnego razu, Roztocze!

Arkadiusz Parchowski