Urokliwe cerkwie...

Południoworoztoczański

Park Krajobrazowy

Bruśnieńskie nagrobki...

Prusie - Moczary Dziewięcierz, czyli dwóch takich na wschodnim...

Wreszcie udało się pozałatwiać wszystkie sprawy. Zanosi się na wolny weekend. Po kilkumiesięcznej przerwie ponownie wybieram się na Roztocze. W ogromnych bólach narodziła się ta oto wycieczka.

Gdzieś daleko. Od ludzi, pracy, zgiełku i obowiązków. Gdzieś, gdzie znowu można mieć "wolną głowę", wreszcie gdzieś, gdzie odkurzyć można zaniedbane już znajomości. Telefon do Roberta - JEDZIEMY NA WSCHODNIE!

Siódma rano. Wyjazd. Po około godzinie jesteśmy na cerkwisku w Woli Wielkiej. Cisza, spokój, poranna rosa... Brzęk, brzęk, stuk, psssyyyyyy... Zaczęło się. Występy artystyczne miejscowych rolników szykujących się do pracy w pobliskim lesie. Piwo, wino, napoje. U nas po staremu - pomyślałem :)

Wracając do tematu. Cerkwisko leży tuż przy głównej drodze. Otoczone jest kamiennym, omszałym już murem. Obok drewnianej, pochodzącej z 1755 roku cerkwi znajduje się zbudowana z tego samego materiału dzwonnica oraz niewielki greckokatolicki cmentarz. Miejsce godne polecenia.

Czas goni. Mijając (niestety) Werchratą dojeżdzamy do wioski Prusie. Kolejna urocza, ponad sto lat młodsza od poprzedniej cerkiew. Znajdujemy się teraz tuż obok polsko - ukraińskiej granicy, w najdalej na wschód wysuniętym sołectwie województwa podkarpackiego. Powiadamiamy zatem o naszej obecności horyniecką Straż Graniczną. Ruszamy przed siebie. Kierunek Dziewięcierz Moczary.

Już po kilku krokach pierwsza niespodzianka, a w zasadzie to nawet dwie. Tuż za torami, na zielonym szlaku Brata Alberta powitał nas malutki zaskroniec. Zaraz po nim dwóch panów w zielonych mundurach moro. Formalności ograniczone były do absolutnego minimum. Pan X? - zapytał jeden funkcjonariusz. Taaak - odpowiedział Robert. I to by było na tyle w temacie SG.

Po kilkunastu minutach zdobywamy wreszcie Józkową Górę. No niebo w gębie (czytaj w oczach). Pofalowane wzgórza, poprzecinane polnymi dywanami, a gdzieś tam z boku jakby zagubiona, odbijajca słoneczne promyki kopuła Werchrackiej cerkwi. "Wino i mniód".

Po krótkim śródleśnym marszu mijamy tajemnicze Moczary, by za kolejną chwilę ujrzeć jeden z tych widoków, dla których warto jest się czasem sporo napocić. Tuż u stóp zielonej jeszcze góry, na skraju porośniętego złotym zbożem pola, widnieją jakieś małe, szarobiałe punkty. To greckokatolicki cmentarz w przysiółku Moczary.

Tuż obok cmentarza odnajdujemy słynne już ruiny cerkwi wybudowanej w 1838 r., a w zasadzie to jedynie jej fundamenty oraz kamienny mur obronny z bramami i miejscami po kaplicach. Wszystko w objęciach bujnej o tej porze roku roślinności, która broni dostępu zarówno do cerkwi, jak i południowowschodniej części nekropolii. Cóż. To miejsce ma swoją siłę i klimat. Zadaje wiele pytań, lecz nie oczekuje już odpowiedzi...

Upał niemiłosierny. Zapasy wody i innych płynów są już na wyczerpaniu. Postanawiamy razem z Robertem zrewidować nasze plany. Spod cmentarza kierujemy się ścierniskiem na północ, w stronę Popowej Doliny. Po drodze, na wzniesieniu oznaczonym na mapach jako punkt wysokościowy 341,5 kolejna przerwa. Siły mamy coraz mniej. Słońce w zenicie. Żar leje się z nieba. Nad głowami zaczynają krążyć jakieś dziwne ptaki, w głowach zaś coraz dziwniejsze myśli. Czy w tym kraju żyją sępy???

Po dwóch kwadransach jesteśmy już na asfaltowej drodze do Werchratej. Tuż za mostkiem skręcamy w lewo, w kierunku nieistniejącej już wsi Łużki, położonej przy jednym z dopływów rzeki Raty. Tutaj, na cudnej polance kolejna przerwa. Nigdzie się stąd nie ruszę - stwierdziłem. Robert tylko przytaknął. I tak w tych pięknych okolicznościach przyrody spędziliśmy godzinę, dwie...

"Za minutę będzie trzeba wstać i żyć..." popłynęły słowa utworu zespołu Coma z głośnika Robertowej komórki. Ot co... Brutalna prawda. Trzeszczące i niemiłosiernie skrzypiące kości należące do mojego ciała pomknęły w kierunku wsi Prusie. Ja zostałem w Łużkach...

Po drodze moje ciało i Robert (troszkę jeszcze pobłądzili i zmokli) dotarli do pomnika ofiar hitlerowskiego nalotu na transport kolejowy, który miał miejsce we wrześniu 1939 roku.
Ja, jak wspominałem akapit wyżej, pozostałem w Łużkach.

Arkadiusz Parchowski