Zimowe wąwozy...

Kaplica św. Rocha...

Zasypany szlak...

Krasnobród - zimowe wąwozy...

1 stycznia 2009r. - zgodnie z kilkuletnią, świecką tradycją przyszedł czas na przywitanie nowego roku. W jaki sposób? Toastem wzniesionym wycieczką po ukochanym Roztoczu. Jako, że pogoda paskudna, lekki mróz, brak słońca i wredny wiaterek wybór padł na wąwozy wokół Krasnobrodu. W lecie dają przyjemne orzeźwienie, zimą zaś osłaniają od wiatru i mrozu. Tego nam było potrzeba. Nam, gdyż wycieczkę odbyłem z żoną i dwójką bliźniaków, które już w maju przyjdą na ten świat ale już teraz poznają Roztocze...

Po dziurawej jak szwajcarski ser drodze ruszyliśmy "czerwoną rakietą" do Krasnobrodu. Miasteczko przywitało nas lekkim słonkiem i uporczywym wiatrem. Po chwili jednak słońce zaszło za ciemne, złowrogie chmury. Cóż, czym prędzej udaliśmy się do lasu, na czerwoną ścieżkę prowadzącą przez przepiękne, imponujące roztoczańskie wąwozy.

Ścieżka jest fajnie oznaczona, także naprawdę trudno się tu zgubić. Początkowo prowadzi wędrowców wokół polany Pszczeliniec. Następnie mknie pośród stromych zboczy nastrojowymi wąwozami. Omija niestety kaplicę św. Rocha. Kończy się w okolicach resztek krasnobrodzkiego kirkutu. W całości przebiega rezerwatem św. Rocha.

Ale do rzeczy, czyli wycieczki. Trzydzieści minut spaceru i w okolicach pierwszego z jarów przyszedł czas na przerwę. Pragmatyczna żona zaopatrzyła nas w termos z gorącą herbatką i noworoczne pierniczki. Sam bym pewnie zapomniał. W tak cudnych "okolicznościach przyrody, i tego, i niepowtarzalnych..." wszystko smakuje inaczej. Śniadanko na mrozie, pośród szumu roztoczańskich lasów - bezcenne, na myśl przychodzi piosenka Kabaretu Starszych Panów - Herbatka...

Po delicjach ruszyliśmy w drogę. Tutaj w rezerwacie św. Roch czas się zatrzymał. Stare buki i jodły, z których najstarsze liczą sobie nawet 250 lat wytyczają drogę stromymi wąwozami, na dnie których pojawiają się nieśmiałe strumyczki. Powalone jak zapałki drzewa urozmaicają wędrówkę broniąc na swój sposób tajemnic tego lasu. I ta muzyka płynąca z koron najwyższych drzew... A wszystko spowija melancholii szal.

Po wydostaniu się z największego wąwozu (strome podejście - palacze dostaną zadyszki) ścieżka biegnie do resztek kirkutu. My postanowiliśmy odbić w pewnym momencie w prawo aby zobaczyć kaplicę św. Rocha. Widok pierwszej wody. Kapliczka kryje się w objęciach wąwozu pod białą, puszystą kołderką, z brązowymi plamkami, jesiennych, bukowych liści. Ufundowana została przez Marysieńkę Sobieską w połowie XVII w. Znajduje się w niej spisany żywot św. Rocha, oraz opis bitwy powstania styczniowego sporządzony przez naocznego świadka. Ale to już temat na inną opowieść.

Po wypiciu kolejnej, termosowej herbatki powróciliśmy skrótem na naszą czerwoną ścieżkę. Lekkim, płytkim wąwozem dotarlismy do miasteczka. Dzień i wycieczka powoli dobiegały już końca. Wrażenia niesamowite i bezcenne. Strat żadnych. Tylko zimy żal na widok roztoczańskich kuligów na czterech kółkach...

P.S. Na obiadek pomknęliśmy do nieodległej Zagrody Guciów, gdzie skosztować można prawdziwych roztoczańskich specjałów. Pychota!!!

Arkadiusz Parchowski